Wywiad który ukazał się w tygodniu "Na Temat" z dnia 28.08.2025
Nie ma drogi na skróty.
Jezioro Wolsztyńskie czeka długa walka o czystość.
Wywiad z zastępcą burmistrza Katarzyną Hordecką: „Nie romantyzujmy przeszłości – jezioro Wolsztyńskie od lat boryka się z tymi samymi problemami. Dziś potrzebuje rzetelnej diagnozy, a nie podkoloryzowanych wspomnień z czasów naszej młodości”.
Na temat: Pani Burmistrz, wiele osób pamięta jezioro Wolsztyńskie jako czyste, pełne życia, idealne do kąpieli. Dlaczego dziś mieszkańcy tak często krytykują stan wody, nie wiedząc dokładnie, z czym mają do czynienia?
Katarzyna Hordecka: Będę brutalnie szczera – zejdźmy na ziemię. To naturalne, że ludzie idealizują młodość i romantyzują wspomnienia. Wychowałam się w domu nad samym jeziorem i mieszkam tu nieprzerwanie od 48 lat. Z mojego ogrodu do brzegu Jeziora Wolsztyńskiego jest dosłownie kilka metrów. Dopiero od zeszłego roku nie wodujemy wiosną łodzi – wcześniej było to coroczną tradycją, dlatego przez wiele lat jakość wody miałam okazję oceniać z perspektywy różnych części jeziora.
Doskonale pamiętam, jak na przestrzeni lat Wolsztyńskie się zmieniało – a raczej, jak w zasadzie się nie zmieniało. Przechodziło corocznie ten sam cykl. Przełomem na pewno miał być rok 2003, kiedy uruchomiono oczyszczalnię ścieków, ale prawda jest taka, że zarówno wcześniej, jak i po jej wybudowaniu, do kąpieli wybieraliśmy jezioro w Obrze lub Kuźnicy. Na Wolsztyńskim pływaliśmy łodzią, kajakami, rowerami wodnymi, albo wędkowaliśmy. Moi pradziadkowie mieli szczęście odpoczywać w altanie wybudowanej na wodzie jeszcze w latach 30., a dziadek wspominał, że razem z rodzeństwem pływali za łodzią na wyspę. Mnie to ominęło. Chociaż kąpiele w okolicach zachodniego brzegu wyspy wspominam na pewno nie tylko ja i moi rówieśnicy. Faktycznie woda w tym rejonie była trochę bardziej przejrzysta – ale mówimy o stanie sprzed 35–40 lat.
Myślę, że jedynie kilku wędkarzy, których pamiętam z tamtych czasów, widywało jezioro częściej niż my – mieszkańcy posesji graniczących bezpośrednio z jego brzegiem. Z tym miejscem wiąże się mnóstwo moich rodzinnych historii i wspomnień, ale nie zamierzam niczego romantyzować ani koloryzować. Zielona woda w Wolsztyńskim to w sezonie letnim od wielu dekad raczej norma.
Owszem, jako dziecku zdarzyło mi się kilka razy kąpać przy prawym brzegu molo, ale była to raczej dziecięca brawura. Wtedy na dnie można było jeszcze dojrzeć piasek, który pozostał po usypaniu molo (przełom lat 60-tych i 70-tych), ale nawet wtedy w wodzie lądowały kosze na śmieci i butelki, a wokół molo rosło sporo moczarki, trzciny i kapelonów. Warto jednak w tym miejscu dodać, że na brzegach królowały pijawki, słodkowodne małże i zagrzebane w liściach larwy chruścików – nazywane przez nas „klajdukami”. Widywaliśmy też raki. Wszystkie te zwierzęta mogły świadczyć o nie najgorszej jakości wody.
Zwykle już pod koniec maja kusiło, żeby wejść do wciąż zimnej, ale stosunkowo przejrzystej wody. Latem sytuacja w zasadzie zawsze się zmieniała. Nawet pod koniec lat 80-tych w połowie wakacji woda regularnie zamieniała się w zieloną zupę. Niejednokrotnie można było zobaczyć 30-centymetrowe leszcze, które resztkami sił „pływały” na boku. Jezioro charakterystycznie śmierdziało i pokrywało się zielonym kożuchem. Pamiętam lata, gdy w okresie przyduchy ryby można było łowić na podrywkę, bo same desperacko wychodziły pod powierzchnię szukając tlenu. Pamiętam też pełne tasiemców krąpie czy leszcze.
Dlatego mam wrażenie, że niektórzy mieszkańcy mają bardzo wybiórczą pamięć i wypierają fakty. Możliwe też, że bywali nad jeziorem rzadko i dziś nie powinni występować w roli ekspertów. Żeby była jasność – nie uzurpuję sobie prawa do oceny stanu wody na przestrzeni tych lat. Chcę jedynie powiedzieć, że znam to jezioro, spędziłam nad nim w zasadzie całe moje życie i chciałabym tę wiedzę wykorzystać przy planowaniu działań i współpracy ze specjalistami. Zgodnie zresztą z filozofią, którą wyznaje burmistrz - od początku podkreślał, że będzie działał korzystając z wiedzy i pomocy ekspertów i naukowców. Dotyczy to oczywiście również diagnozy stanu zbiorników wodnych i jego poprawy. W kampanii wyborczej nie obiecał w tej kwestii niczego nierealnego, mimo że wielu oczekiwało głośnych deklaracji oczyszczenia Jeziora Wolsztyńskiego.
Na temat: Czy w przeszłości podejmowano próby badania jeziora?
Katarzyna Hordecka: Podobno tak, ale nie potrafię powiedzieć jak bardzo szczegółowe i kompleksowe. Dotarliśmy do pojedynczych analiz i kilku fragmentów w opracowaniu „Wolsztyn – dzieje miasta”. Równo 20 lat temu, po latach badań i analiz, przeprowadzono zabiegi polegające na wprowadzeniu do Dojcy substancji wiążących fosfor, co podobno na chwilę poprawiło jakość wody w okolicy kąpielisk, ale nie dotarliśmy do żadnych badań potwierdzających taką poprawę. Wspomniane opracowanie wskazuje jedynie protokół z sesji Rady Miejskiej z 2006 r.
Z kolei w badaniu z 2016 roku wykonanym przez UWM w Olsztynie Jezioro Wolsztyńskie zaliczono do zbiorników silnie zmienionych, z którego wynika, że choć fakt, iż woda wymienia się więcej niż 2 razy w roku może się wydawać atutem, to wymiana ta zwiększa ryzyko napływu składników odżywczych (np. fosforu, azotu) i zanieczyszczeń. Te same badania potwierdziły, że Jezioro Wolsztyńskie należy do zbiorników niestratyfikowanych – jest płytkie, otwarte, wietrzne i woda w nim praktycznie cały czas się miesza. Dlatego latem może ona w całym jeziorze zakwitnąć jednocześnie, a niedobór tlenu nie ogranicza się tylko do najgłębszej warstwy, jak to jest w przypadku głębokich jezior – u nas problem obejmuje w takich okolicznościach całą toń wody.
Badania potwierdziły jedynie to, co mieszkańcy od lat obserwują na własne oczy – biomasa fitoplanktonu i sinic w naszym jeziorze zmienia się zgodnie z typowym rytmem dla jezior naszego klimatu. Nie odkryto niczego nadzwyczajnego. Najprościej mówiąc: wiosną rusza produkcja fitoplanktonu. W czerwcu pojawia się faza przejrzystej wody, która wynika z tego, że fitoplankton zostaje zjedzony przez zooplankton. Lipiec i sierpień przynoszą warunki sprzyjające rozwojowi sinic i zielenic – brak wiatru, wysoka temperatura i duża ilość składników pokarmowych powodują zakwit. Od września, wraz ze spadkiem temperatury wody, rośnie jej natlenienie i liczba okrzemek (glonów). Ich masowy rozwój nie niesie takich zagrożeń zdrowotnych jak letnie zakwity sinic, jednak nadmiar obumarłych glonów może zwiększać ilość mułu i w dłuższej perspektywie pogłębiać proces eutrofizacji, czyli takiego „samonawożenia” się jeziora. Warto pamiętać, że wzrost okrzemek jest sezonowy i nie destabilizuje ekosystemu. Za to sinice (takie udawane glony, a w rzeczywistości bakterie) mogą produkować niebezpieczne dla ludzi i zwierząt toksyny, tworzą gęste zakwity na powierzchni wody, które blokują światło, przez co ograniczają fotosyntezę podwodnych roślin, a po obumarciu powodują deficyt tlenu i rozkład mułu. Koło się zamyka, a problem pogłębia.
Podsumowując, badania z 2016 roku oceniły ówczesny stan ekologiczny jeziora jako zły, a wcześniejsze zabiegi uznały za bezskuteczne – nie przyniosły bowiem długotrwałych rezultatów i wody jeziora bardzo szybko wracały do stanu sprzed podjętych działań. Autorka opracowania zaproponowała wtedy nowatorskie rozwiązanie, ale z nie zostało ono zrealizowane. Wydaje się, że to zaniechanie było usprawiedliwione.
Co prawda w książce „Wolsztyn – nasze dzieje” znajdziecie Państwo zdanie, w którym odtrąbiono sukces działań zmierzających do oczyszczenia wolsztyńskich jezior i rzeki, potwierdzony jedynie tym, iż w czerwcu 2022 Wielkopolski Państwowy Wojewódzki Inspektorat Sanitarny poinformował o wynikach badań wody w kąpieliskach w Wolsztynie, Karpicku i Obrze, stwierdzając, że „pod względem bakteriologicznym woda jest zdatna do kąpieli”. Na pewno wszyscy pamiętamy to sformułowanie używane do opisu jakości wody w kąpieliskach. Od zawsze krążyło w powszechnym obiegu, ale w gruncie rzeczy nic nie znaczyło – to był semantyczny wybieg. Przypomnę, że woda w tych jeziorach była zdatna do kąpieli również w czerwcu bieżącego roku. Nie o taki sukces nam chodzi, prawda?
Wracając do badań - Wikipedia podaje, że w 2003 roku oceniono, że jezioro ma III klasę czystości. Od tego czasu nikt nie pokusił się o jednoznaczne stwierdzenie którą klasę czystości ma ten zbiornik. Co więcej, Jezioro Berzyńskie figuruje w Wikipedii jako jezioro pozaklasowe. W rubryce opisującej klasę czystości wody w tym zbiorniku znajdziemy tajemniczo brzmiące hasło NON. Oznacza to, że nie spełniała ona w tamtym czasie norm. Dziś Berzyńskie wydaje się być czystsze od Wolsztyńskiego. Jak jest w rzeczywistości – pokażą badania, które zamierzamy zlecić, żeby zdiagnozować ich obecny stan i zorientować się z czym trzeba się będzie zmierzyć. Stąd plan badania obu jezior oraz Dojcy, również na jej wejściach i wyjściach z tych zbiorników.
A prywatnie - pamiętam jak w połowie lat 90-tych mój wujek, będący inżynierem, zbadał zupełnie hobbystycznie dno jeziora profesjonalnymi sonarami i już wtedy określił przeciętną głębokość jeziora na 2-2,5 metra, z około dwukrotnie głębszym miejscem między wyspą a cyplem kończącym ścieżkę biegnącą na lewo od drzewa Rożka. Dziś znajduje się tam pomost. Trzeba w tym miejscu wyraźnie powiedzieć, że ocenił, że blisko połowę tej głębokości już wtedy stanowił muł. Potwierdziły to późniejsze badania naukowców z Olsztyna. I tu warto przeskoczyć do teraźniejszości. Sytuacja nie uległa poprawie do dziś, chociaż ponad 20 lat temu skanalizowano Wolsztyn, dzięki czemu do jeziora nie wpływa już zawartość przydomowych szamb. (Przyznaję, że w tej kwestii wciąż mamy wątpliwości. Będziemy chcieli to sprawdzać.) Nie wycina i nie zagospodarowuje się trzciny, rozrastają się kapelony i moczarka, które choć na etapie wzrostu „konsumują” fosfor i azot, to już jesienią stanowią ogromny ładunek biomasy nawożący jezioro. Wody Polskie, będące właścicielem jezior i strefy przybrzeżnej, nie dbają o rekultywację zbiorników. Zmieniło się rolnictwo. Stosujemy więcej nawozów, które spływają do rzek i jezior. Wolsztyńskie jest płytkie, zamulone, okresowo mętne i słabo natlenione. Sytuacja dramatycznie pogarsza się co roku w okresie upałów. Niestety badania z 2016 roku potwierdziły, że duże pokłady fosforu znajdują się zarówno w samym jeziorze jak i w Dojcy. Pochodzi on prawdopodobnie zarówno ze spływów z pól znajdujących się wzdłuż rzeki, jaki i z rozkładu roślin i glonów, które rozwijają się w samym akwenie. I jest go sporo. Zwłaszcza fosforu fosforanowego – łatwo przyswajalnej formy tego pierwiastka, która może szybko pobudzić rozwój glonów i sinic. Dlatego na początek chcielibyśmy również oszacować jakie jest obecnie wewnętrzne nawożenie w jeziorach i czy rzeczywiście największy problem stanowi to co przynosi Dojca.
Z rzeczy, które mogą zaskoczyć - wzdłuż molo od kilku lat rozrasta się podziwiany przez mieszkańców grzybień różowy. Mnie od dawna niepokoi. W naturalnych jeziorach w Polsce raczej się nie utrzymuje, ponieważ potrzebuje cieplejszej wody. Teoria mówi, że zwykle nie zimuje, ale to, że rozrasta się w błyskawicznym tempie może świadczyć o tym, że woda w Jeziorze Wolsztyńskim jest wyjątkowo, jak na warunki polskie, ciepła.
Na temat: Co z planami oczyszczenia Wolsztyńskiego?
Katarzyna Hordecka: Na ten moment plan na Jezioro Wolsztyńskie jest jeden – diagnoza. Nie zaklinajmy rzeczywistości. Nie eksperymentujmy. Nie wykonujmy ruchów pozorowanych. Nie trzeba być ani naukowcem, ani wróżką, żeby stwierdzić, że każde satysfakcjonujące rozwiązanie będzie wymagało ogromnych nakładów finansowych i wielu lat działań rekultywacyjnych. Nie mówię, że to jest niemożliwe, ale piekielnie trudne. Na pewno budżet gminy tego nie udźwignie. Trzeba sobie powiedzieć wprost - bez środków zewnętrznych nie ma co o tym marzyć. Musimy się zmierzyć z faktami. Bagrowanie, które przez wszystkie przypadki odmieniają mniej lub bardziej wtajemniczeni – jest również logistycznie arcytrudne – jezioro ma powierzchnię około 120 ha, a zakładając tylko półmetrową warstwę mułu, mamy do usunięcia co najmniej 600 tys. m³ tego osadu. Przy kosztach utylizacji 200 zł za m³, mówimy o 120 mln złotych za samą utylizację. Zakładam, że nie ma w nim metali ciężkich, co w zasadzie bardzo ten proces utrudni, o ile nie uniemożliwi. Dla porównania, największy polski projekt oczyszczania jezior kartuskich kosztował ponad 60 mln zł, a jego kulminacyjna faza trwała cztery lata. Mówi się, że pierwsze decyzje o jego oczyszczaniu podjęto 14 lat wcześniej. Później ruszyły procedury, pozwolenia, a w międzyczasie opracowywano metody, wnioski pomocowe, podejmowano kolejne próby i korygowano błędy, bo było to jedyne takie przedsięwzięcie w Polsce.
Nietrafiony może się też okazać sugerowany przez niektórych pomysł zagospodarowania mułu w biogazowni – po pierwsze nie mamy takiej w okolicy, a jej wybudowanie zajęłoby lata i kosztowało krocie. Po drugie – ewentualna zawartość metali ciężkich, albo wysoka zawartość wapnia, mogą uniemożliwić takie jego zagospodarowanie.
Na temat: Czy ewentualne oczyszczanie wpłynie na życie mieszkańców i turystykę?
Katarzyna Hordecka: Tak, ale obawiam się, że na pierwszym, długim i uciążliwym etapie, zupełnie inaczej niż mieszkańcy sobie wyobrażają. Zanim będziemy się cieszyć czystszą wodą, proces ten na kilka lat zahamuje rozwój turystyki wodnej i ograniczy korzystanie z jeziora. Muł wybiera się właściwie jedynie jesienią i wiosną. Zimą może to być trudne ze względu na mróz, a latem – na uciążliwy odór. Trzeba działać racjonalnie, nie ulegać emocjom i populizmowi.
Na temat: Czy jest w tym wszystkim szansa na poprawę?
Katarzyna Hordecka: Oczywiście, ale wymaga to współpracy z naukowcami, precyzyjnej diagnozy i wieloletnich działań, a do tego trochę szczęścia i sporo środków zewnętrznych. Nie ma cudownych rozwiązań, ani drogi na skróty. Trzeba się zmierzyć z twardymi danymi, a nie opierać na romantycznych wspomnieniach czy domysłach. A przede wszystkim, jak powiedział swego czasu burmistrz Dominik Tomiak, nie wolno nam myśleć i planować kadencyjnie. To jest inwestycja w przyszłość naszą i kolejnych pokoleń. To wszystko potrwa, ale oczyszczanie jeziora nie jest projektem dla niecierpliwych.
W tej chwili chcemy się skupić na ratowaniu tego co mamy. Mieszkańcy zarzucają nam, że zajmujemy się Jeziorem Świętym w Obrze. To jest dla nas zupełnie niezrozumiały zarzut. To ostatnie naprawdę czyste jezioro w gminie, znacznie głębsze, zimniejsze, lepiej natlenione niż pozostałe jeziora – dlatego to o nie trzeba zadbać w pierwszej kolejności, bo ma realnie największe szanse na zachowanie przynajmniej tej samej jakości wody.
Zaczynamy od diagnozy, bo bez wiedzy o stanie jezior żadne działania nie zwiększą szans na sukces. To dopiero pierwszy krok, ale my już myślimy szerzej i nie zamykamy się na inne rozwiązania – rozważamy podczyszczalnię na wejściu Dojcy, zaproponowaną przez dr. Michała Łopatę, gdzie koagulant fosforu wytrącałby osad, który systematycznie usuwalibyśmy z wejścia do jeziora. Już we wrześniu zeszłego roku rozmawialiśmy z konserwatorką o wydzielonym kąpielisku dla mieszkańców i turystów – nowoczesnym rozwiązaniu zainspirowanym Słupcą. Zaraz na początku kadencji burmistrz odwiedził tę miejscowość koło Gniezna, aby poszukać inspiracji i zobaczyć, jak zastosowane tam rozwiązania sprawdzają się w praktyce. Wolsztyńskie kąpielisko miałoby być zlokalizowane dyskretnie z boku plaży w parku, by nie zaburzać osi widokowej na wyspę, a jednocześnie powiększyć przestrzeń dla wypoczywających nad wodą. W czerwcu tego roku odbyliśmy także pierwsze rozmowy z naukowcami z poznańskiego UAM m.in. o najnowszych patentach na oczyszczanie i podgrzewanie wody w takich kąpieliskach. Wszystko to są kosztowne, wielomilionowe projekty, niemożliwe do zrealizowania bez wsparcia rządowego lub unijnego. Marzymy, ale pozostajemy realistami – szukamy rozwiązań, planujemy, przygotowujemy dokumenty, opracowujemy wnioski pomocowe, ale nie składamy pustych obietnic. Wyznajemy zasadę, że prawdziwa praca zaczyna się dopiero wtedy, gdy etap marzeń spotyka się z początkiem działania.